Katarzyna Berenika Miszczuk, Ja, Anielica
Lorë'Lhin*
*Dziecię Snu — przydomek, nadany jej przez Gildię z prostej przyczyny; bo zsyłała na ludzi wieczny, nieodwołalny sen.
Wizualizacja
W małym ciele duży duch. Nie
wyglądała na kogoś, kto byłby w stanie udźwignąć na swoich barkach trudy życia.
Filigranowa postura kobiety sięgającej wzrostem nieco ponad pięć stóp (159 cm),
zapewniała jej miano niedużej, delikatnej kruszyny. Niezdolnej do walki. Błąd.
Pod materiałem noszonych skór i płócien, za tym pozornie drobnym ciałkiem kryła
się atletyczna figura, kobiety wprawionej w boju. Nie była przykładowym wojownikiem.
Smukła, mała dłoń nie byłaby w stanie zawładnąć mieczem. Męska ręka, zdawało
się, że mogła objąć jej palce i zgnieść w lekkim uścisku bez większego wysiłku.
Nie walczyła ciężkim orężem, które często, sięgało prawie jej wzrostu. Taką
bronią, jeśli była dostatecznie wysoka, należąca do mocnego wojownika, mogła
posłużyć się jak laską, podpierając na niej podbródek. Nic więcej. Walczyła z
dystansu. Nic dziwnego, że śniada skóra nienaznaczona była wieloma bliznami.
Nieliczna ich ilość błyszczała na jej lekko złoconej cerze. Blady zarys starej,
dawno już zaognionej rany widniał na tyle pleców, ciągnąc się przez jeden bark,
co oszpecało ją i dopełniało jej uroczego, niewinnego wrażenia jednocześnie. Co
samo w sobie – połączenie tych dwóch odczuć – budziło zainteresowanie. Miała
swoje defekty. Irytująco przyciągające wzrok, jaśniejsze plamki w jej zielonych
oczach. I kilka innych skaz, które zwykła skrupulatnie chować. Nikt nigdy nie
pamiętał jej tak samo. Miała wiele twarzy. Zależnie od pogody, toku rozmowy,
sposobu jej zachowania, każdy zapamiętywał ją inaczej. W mroźnych krainach,
gdzie mróz szronił rzęsy, zaróżowiał policzki i zmrażał brwi, zdawała się być
jasnowłosą brunetką, w natężonym świetle zaś, palonemu brązowi bliżej było do
złocistego blond. Jakie ziemie i inny obyczaj, tak samo różnie ją pamiętano.
Zawsze jako zręcznie umykająca zwierzyna, najtrafniej porównywana do młodej
łani.
kobieta o swawolnym słowniku — frywolnej pozie — skąpym, dopasowanym do lekkiego, zagranicznego klimatu, wygodnym stroju
Historia
Nie było żadnej religii, za
którą warto by było umrzeć. Nie było niczego. Tylko ścieżka wiecznego
odkupienia. Droga jaką kroczyło wielu, nigdy nie za długo przy jej ramieniu, bo
każdy zawsze w swoim kierunku. Nie miała żadnych korzeni. Blade wspomnienie strudzonych
bólem i zoranych cierpieniem dni. Nie było przy niej żadnych ludzi – tylko
cienie. Trącały ciężkim palcem żywotności i ulatywały w sobie znaną stronę.
Czasem zatrzymywały się na dłużej, pochłaniając ją w mroku. Przysłaniając,
ciemną kurtyną złożoną z ciężkich doznań i spracowanych życiem chwil, jej
szczęście – nie było go. Był tylko brud i strach. Wieczny niepokój. Głód i
ciągła walka. Tortura. Zniszczenie. Zwątpienie. Odrzucenie. I nie tliła się w
niej żadna nadzieja. Była koncentracja,
determinacja z jaką łapała się życia. Nie tylko ona jedna. Wszyscy wokół,
desperacko, kurczowo trzymając się drżącego bytu, dzieląc wspólne przywary –
chwytając w dłoniach chciwość, zachłanność i bezduszność ledwie żywego
człowieka. Oddającego duszę za ten jeden status – nie martwy.
I była dojrzałość. Dojrzeć w
wieku dziewięciu lat to ciężkie brzemię do niesienia na drobnych ramionach
wychudzonego, przemęczonego życiem dziecka. Zniosła je. Podobnie, jak gorycz i gorzki smak niedoli i
pół-życia. Upadek, to zawsze dobry moment na to by wstać. Ilekroć trudy
istnienia wgniotą w ziemię, podnieść się i żyć dalej – byle nie na kolanach.
Wtedy – kiedy wydawałoby się, że pochwyciła kontrolę nad swoim losem – zginęła.
Nie ciało, to żyło dalej. Zabiła człowieczeństwo, dając stłamsić i siebie. Ale
nie całkiem i nie na długo. Wiara… dowiedziała się, że niesie ze sobą dużo
wyrzeczeń. Zbiór, ogrom, nadmiar, dekalog, pięcioksiąg, bibliotekę nieznanych
doświadczeń – spis zasad i reguł. Twardych praw gry. Valar morghulis. Wszyscy muszą
zginąć. A ona zmuszona była, NIE, musiała chcieć dać im ten koniec. Bo początek
i kres miał miejsce w tym czynie. Wieczny spoczynek. Na pustkę, niedostatek,
niedomiar, brak artykułowanych uczuć. Ich należało się wyzbyć. Śmierć nie
pytała czy może, zabierała Cię swoimi ramionami do siebie. Jak ona. Za
odpowiednią opłatą oczywiście. To było jej wyznanie wiary. Wybór życia – wybór
śmierci. Dla niej oba miały to samo imię.
Potem było już tylko życie.
Trzymanie się wpojonych pojęć i doktryn, wcielanie ich we własną historię.
Pisanie jej krwią i męką poległych po drodze ciał. Poprzedzone licznymi
obowiązkami – łapanie okazji. Była wolność i uwiązanie. Dla świata mogła być
wolnym duchem, beztroskim lekkoduchem, znajdującym cel w ściganiu wzrostu
adrenaliny, dla jej ludzi – była wiernym wyznawcą, związanym poczuciem
obowiązku, mentalnie i fizycznie całą sobą ze swoim Bogiem Śmierci. Bo był to
jej czas wiary i trwał – mocno, blisko jej serca. Ludzie mieli widzieć ją, jako
niesfrasowanego swoim tytułem pariasa społeczeństwa, zadowolonego z życia w
odosobnieniu, zgodnie z naturą i jej harmonią. Członkowie Gildii dostrzegać
umieli, za złudną powłoką niewinności, opata i żniwiarza wielu ludzkich
istnień. Orędownika bytu, stawiającego na szali więcej niż tylko schwytane i
zachowane, zwierzęce trofea. Kolekcjonowała znacznie większą pulę żyć niż tylko
te.
obca z bliżej nieznanych na kontynencie terenów Essos — włóczykij — wędrowny kupiec (sprzedawca skór i łuków)
Gildia Ludzi Bez Twarzy
Była sierotą, zapomnianym
przez rodzinę, niezmyślnie porzuconym dzieckiem. Bytem wyrzuconym kolokwialnie
na bruk. W szarym, realnym świecie – rzuconym przez bieg wydarzeń na ziemie
surowego, deszczowego Braavos. Rzeczywistość na ogół uderzała cięższą pięścią
niż słowa, w jakich można było przekazać fakty. Często sława ironii losu
wyprzedzała ją szybciej niż ona sama zdążyła dotknąć człowieka. Młodą,
niedoświadczoną siedmioletnią dziewczynkę już za młodu, gdzie jako zgubione
dziecko podążało złą drogą. Do obudowanego zimnym kamieniem i ciosanym granitem
miasta. Gdzie pusty sen zdawał się zacierać granice z realnością. Młode,
nieopierzone pisklę, niegotowe jeszcze na gorycz i żałość miasta nierzadko
pogrążonego we mgle, musiało zmierzyć się ponownie z, gęsto otoczoną
niewiadomym dymem, przeszłością. Licho mogło szukać fundamentu wiary –
bezskutecznie w przepychu wymieszanych religii. Wołać o wsparcie – zawsze
głucho. Pomoc przychodziła na ogół niespodziewanie. Dla niej – kiedy
przygotowana była na śmierć. O tym zawodzić powinni smętni bardowie, o smutnym
losie dziewięcioletniego dziecko gotowego umrzeć. Mogła spojrzeć kosiarzowi w
oczy. Pamiętała przyszpilające, zimne spojrzenie kostuchy, wbijające się, pod
naporem tych tęczówek, żyletki w ciało. Zmącony, szary, przeraźliwy wzrok
wżerający się w duszę i ten chrapliwy ton, człowieka, który nie przespał w
swoim życiu chyba żadnej nocy.
— Co widzą Twoje oczy,
dziecko?
— Śmierć.
I pamiętała uśmiech. Lekkie
uniesienie kącika ust w hipnotycznym, mrożącym krew w żyłach geście, kiedy bez
zawahania jej strzała ześlizgnęła się z cięciwy ręcznie wytworzonego, prostego
łuku. Dopiero wtedy nabrała wątpliwości, czyja to miała być śmierć. Jego –
myślała. Ale nie umarł. Ona też nie. Starzec pochwycił strzałę w dłoń i chwycił
w nią też i jej serce, oddając je, wraz z jej ciałem i umysłem poznanemu jej
Bogu. Śmierci, który jak nauczono ją później, nosił wiele twarzy i przybierał
liczne imiona. Bóg Bez Twarzy. Jak Gildia Ludzi Bez Twarzy, szkolonych latami w
Domu Czerni i Bieli. Nowym Braavos, bo to, które znała dalekie było od tego,
którego tchnienie i życie, pełną ekspresji wiarę poznała. Przeszło jedenaście lat nauki w tych murach – dokładnie tyle pozwoliło jej stwierdzić, że jest to
dobry początek jej nowej ścieżki. Liczność prób jakie przeszła, jakie jej
jeszcze zostały – uśmiechała się w myślach na tę wizję, w której może już
niedługo, a może dopiero w odległej przyszłości, dane będzie jej skończyć je
wszystkie. Dziecię snu. Takie nadano jej imię, bo ponoć w języku Ludzi Bez
Twarzy, definiowało jej porywisty temperament. zsyłany na ludzi wieczny sen i sposób dążenia do osiąganych
stopni wtajemniczenia. Nigdy linią najmniejszego oporu. Znana była z mieszania
pół-jawy z rzeczywistością. Każdy, najmniejszy etap edukacji osiągając na wielu
płaszczyznach, badając wcześniej wiele, nieznanych terenów. Była zapalczywcem.
Ale nadgorliwa w swoich oględzinach świata, cierpliwie dopełniała nauki
zamknięte na jednym terenie, sama otwierając je na większe ziemie. Dużo
podróżowała. Studiując rys psychologiczny ludzi na wielu obszarach. I
wykonywała swoje gildyjne obowiązki. Ostatnie zlecenie otrzymując od samego
namiestnika ziem Westeros w Dolinie Arrynów. A to był dobry powód, żeby
odwiedzić je znacznie szybciej niż było to potrzebne.


