Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lorë'Lhin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lorë'Lhin. Pokaż wszystkie posty

10 czerwca 2014

„Pustka, cisza, wieczny sen bez snów” —

Katarzyna Berenika Miszczuk, Ja, Anielica 


Lorë'Lhin*

*Dziecię Snu — przydomek, nadany jej przez Gildię z prostej przyczyny;       bo zsyłała na ludzi wieczny, nieodwołalny sen.



Wizualizacja

W małym ciele duży duch. Nie wyglądała na kogoś, kto byłby w stanie udźwignąć na swoich barkach trudy życia. Filigranowa postura kobiety sięgającej wzrostem nieco ponad pięć stóp (159 cm), zapewniała jej miano niedużej, delikatnej kruszyny. Niezdolnej do walki. Błąd. Pod materiałem noszonych skór i płócien, za tym pozornie drobnym ciałkiem kryła się atletyczna figura, kobiety wprawionej w boju. Nie była przykładowym wojownikiem. Smukła, mała dłoń nie byłaby w stanie zawładnąć mieczem. Męska ręka, zdawało się, że mogła objąć jej palce i zgnieść w lekkim uścisku bez większego wysiłku. Nie walczyła ciężkim orężem, które często, sięgało prawie jej wzrostu. Taką bronią, jeśli była dostatecznie wysoka, należąca do mocnego wojownika, mogła posłużyć się jak laską, podpierając na niej podbródek. Nic więcej. Walczyła z dystansu. Nic dziwnego, że śniada skóra nienaznaczona była wieloma bliznami. Nieliczna ich ilość błyszczała na jej lekko złoconej cerze. Blady zarys starej, dawno już zaognionej rany widniał na tyle pleców, ciągnąc się przez jeden bark, co oszpecało ją i dopełniało jej uroczego, niewinnego wrażenia jednocześnie. Co samo w sobie – połączenie tych dwóch odczuć – budziło zainteresowanie. Miała swoje defekty. Irytująco przyciągające wzrok, jaśniejsze plamki w jej zielonych oczach. I kilka innych skaz, które zwykła skrupulatnie chować. Nikt nigdy nie pamiętał jej tak samo. Miała wiele twarzy. Zależnie od pogody, toku rozmowy, sposobu jej zachowania, każdy zapamiętywał ją inaczej. W mroźnych krainach, gdzie mróz szronił rzęsy, zaróżowiał policzki i zmrażał brwi, zdawała się być jasnowłosą brunetką, w natężonym świetle zaś, palonemu brązowi bliżej było do złocistego blond. Jakie ziemie i inny obyczaj, tak samo różnie ją pamiętano. Zawsze jako zręcznie umykająca zwierzyna, najtrafniej porównywana do młodej łani.

kobieta o swawolnym słowniku   — frywolnej pozie — skąpym, dopasowanym do lekkiego, zagranicznego klimatu, wygodnym stroju



Historia

Nie było żadnej religii, za którą warto by było umrzeć. Nie było niczego. Tylko ścieżka wiecznego odkupienia. Droga jaką kroczyło wielu, nigdy nie za długo przy jej ramieniu, bo każdy zawsze w swoim kierunku. Nie miała żadnych korzeni. Blade wspomnienie strudzonych bólem i zoranych cierpieniem dni. Nie było przy niej żadnych ludzi – tylko cienie. Trącały ciężkim palcem żywotności i ulatywały w sobie znaną stronę. Czasem zatrzymywały się na dłużej, pochłaniając ją w mroku. Przysłaniając, ciemną kurtyną złożoną z ciężkich doznań i spracowanych życiem chwil, jej szczęście – nie było go. Był tylko brud i strach. Wieczny niepokój. Głód i ciągła walka. Tortura. Zniszczenie. Zwątpienie. Odrzucenie. I nie tliła się w niej żadna nadzieja.  Była koncentracja, determinacja z jaką łapała się życia. Nie tylko ona jedna. Wszyscy wokół, desperacko, kurczowo trzymając się drżącego bytu, dzieląc wspólne przywary – chwytając w dłoniach chciwość, zachłanność i bezduszność ledwie żywego człowieka. Oddającego duszę za ten jeden status – nie martwy.

I była dojrzałość. Dojrzeć w wieku dziewięciu lat to ciężkie brzemię do niesienia na drobnych ramionach wychudzonego, przemęczonego życiem dziecka. Zniosła je.  Podobnie, jak gorycz i gorzki smak niedoli i pół-życia. Upadek, to zawsze dobry moment na to by wstać. Ilekroć trudy istnienia wgniotą w ziemię, podnieść się i żyć dalej – byle nie na kolanach. Wtedy – kiedy wydawałoby się, że pochwyciła kontrolę nad swoim losem – zginęła. Nie ciało, to żyło dalej. Zabiła człowieczeństwo, dając stłamsić i siebie. Ale nie całkiem i nie na długo. Wiara… dowiedziała się, że niesie ze sobą dużo wyrzeczeń. Zbiór, ogrom, nadmiar, dekalog, pięcioksiąg, bibliotekę nieznanych doświadczeń – spis zasad i reguł. Twardych praw gry. Valar morghulis. Wszyscy muszą zginąć. A ona zmuszona była, NIE, musiała chcieć dać im ten koniec. Bo początek i kres miał miejsce w tym czynie. Wieczny spoczynek. Na pustkę, niedostatek, niedomiar, brak artykułowanych uczuć. Ich należało się wyzbyć. Śmierć nie pytała czy może, zabierała Cię swoimi ramionami do siebie. Jak ona. Za odpowiednią opłatą oczywiście. To było jej wyznanie wiary. Wybór życia – wybór śmierci. Dla niej oba miały to samo imię.

Potem było już tylko życie. Trzymanie się wpojonych pojęć i doktryn, wcielanie ich we własną historię. Pisanie jej krwią i męką poległych po drodze ciał. Poprzedzone licznymi obowiązkami – łapanie okazji. Była wolność i uwiązanie. Dla świata mogła być wolnym duchem, beztroskim lekkoduchem, znajdującym cel w ściganiu wzrostu adrenaliny, dla jej ludzi – była wiernym wyznawcą, związanym poczuciem obowiązku, mentalnie i fizycznie całą sobą ze swoim Bogiem Śmierci. Bo był to jej czas wiary i trwał – mocno, blisko jej serca. Ludzie mieli widzieć ją, jako niesfrasowanego swoim tytułem pariasa społeczeństwa, zadowolonego z życia w odosobnieniu, zgodnie z naturą i jej harmonią. Członkowie Gildii dostrzegać umieli, za złudną powłoką niewinności, opata i żniwiarza wielu ludzkich istnień. Orędownika bytu, stawiającego na szali więcej niż tylko schwytane i zachowane, zwierzęce trofea. Kolekcjonowała znacznie większą pulę żyć niż tylko te.

obca z bliżej nieznanych na kontynencie terenów Essos — włóczykij — wędrowny kupiec (sprzedawca skór i łuków)



Gildia Ludzi Bez Twarzy

Była sierotą, zapomnianym przez rodzinę, niezmyślnie porzuconym dzieckiem. Bytem wyrzuconym kolokwialnie na bruk. W szarym, realnym świecie – rzuconym przez bieg wydarzeń na ziemie surowego, deszczowego Braavos. Rzeczywistość na ogół uderzała cięższą pięścią niż słowa, w jakich można było przekazać fakty. Często sława ironii losu wyprzedzała ją szybciej niż ona sama zdążyła dotknąć człowieka. Młodą, niedoświadczoną siedmioletnią dziewczynkę już za młodu, gdzie jako zgubione dziecko podążało złą drogą. Do obudowanego zimnym kamieniem i ciosanym granitem miasta. Gdzie pusty sen zdawał się zacierać granice z realnością. Młode, nieopierzone pisklę, niegotowe jeszcze na gorycz i żałość miasta nierzadko pogrążonego we mgle, musiało zmierzyć się ponownie z, gęsto otoczoną niewiadomym dymem, przeszłością. Licho mogło szukać fundamentu wiary – bezskutecznie w przepychu wymieszanych religii. Wołać o wsparcie – zawsze głucho. Pomoc przychodziła na ogół niespodziewanie. Dla niej – kiedy przygotowana była na śmierć. O tym zawodzić powinni smętni bardowie, o smutnym losie dziewięcioletniego dziecko gotowego umrzeć. Mogła spojrzeć kosiarzowi w oczy. Pamiętała przyszpilające, zimne spojrzenie kostuchy, wbijające się, pod naporem tych tęczówek, żyletki w ciało. Zmącony, szary, przeraźliwy wzrok wżerający się w duszę i ten chrapliwy ton, człowieka, który nie przespał w swoim życiu chyba żadnej nocy.
— Co widzą Twoje oczy, dziecko?
— Śmierć.
I pamiętała uśmiech. Lekkie uniesienie kącika ust w hipnotycznym, mrożącym krew w żyłach geście, kiedy bez zawahania jej strzała ześlizgnęła się z cięciwy ręcznie wytworzonego, prostego łuku. Dopiero wtedy nabrała wątpliwości, czyja to miała być śmierć. Jego – myślała. Ale nie umarł. Ona też nie. Starzec pochwycił strzałę w dłoń i chwycił w nią też i jej serce, oddając je, wraz z jej ciałem i umysłem poznanemu jej Bogu. Śmierci, który jak nauczono ją później, nosił wiele twarzy i przybierał liczne imiona. Bóg Bez Twarzy. Jak Gildia Ludzi Bez Twarzy, szkolonych latami w Domu Czerni i Bieli. Nowym Braavos, bo to, które znała dalekie było od tego, którego tchnienie i życie, pełną ekspresji wiarę poznała. Przeszło jedenaście lat nauki w tych murach – dokładnie tyle pozwoliło jej stwierdzić, że jest to dobry początek jej nowej ścieżki. Liczność prób jakie przeszła, jakie jej jeszcze zostały – uśmiechała się w myślach na tę wizję, w której może już niedługo, a może dopiero w odległej przyszłości, dane będzie jej skończyć je wszystkie. Dziecię snu. Takie nadano jej imię, bo ponoć w języku Ludzi Bez Twarzy, definiowało jej porywisty temperament. zsyłany na ludzi wieczny sen i sposób dążenia do osiąganych stopni wtajemniczenia. Nigdy linią najmniejszego oporu. Znana była z mieszania pół-jawy z rzeczywistością. Każdy, najmniejszy etap edukacji osiągając na wielu płaszczyznach, badając wcześniej wiele, nieznanych terenów. Była zapalczywcem. Ale nadgorliwa w swoich oględzinach świata, cierpliwie dopełniała nauki zamknięte na jednym terenie, sama otwierając je na większe ziemie. Dużo podróżowała. Studiując rys psychologiczny ludzi na wielu obszarach. I wykonywała swoje gildyjne obowiązki. Ostatnie zlecenie otrzymując od samego namiestnika ziem Westeros w Dolinie Arrynów. A to był dobry powód, żeby odwiedzić je znacznie szybciej niż było to potrzebne.

członkini Gildii Ludzi Bez Twarzy — sierota z Braavos — wiek nieznany